Marc Chagall – życie i sztuka malarza, który zamieniał wspomnienia w kolor

Z Witebska trafił na salony Paryża i największe muzea świata. W podcaście opowiadam o jego biografii, obrazach i historii, w której prywatne wspomnienia stają się sztuką.

Marc Chagall chciał, by widziano w nim artystę uniwersalnego. Nie tylko „malarza żydowskiego”, nie tylko „malarza zakochanych”. Jego sztuka była zakorzeniona w dzieciństwie, w żydowskim Witebsku, a jednocześnie należała do paryskiej awangardy i największych instytucji kultury XX wieku.

Urodził się w 1887 roku w sztetlu na dzisiejszej Białorusi. Sztetl to miasteczko, w którym życie płynęło między synagogą, targiem i opowieścią. W powietrzu mieszał się zapach cebuli, dźwięk skrzypiec i język jidysz. Ten świat – zwyczajny i magiczny jednocześnie – Chagall malował przez całe życie, choć sam nigdy już do Witebska nie wrócił.

Droga do sztuki nie była prosta. W Imperium Rosyjskim żydowskie dzieci miały ograniczony dostęp do edukacji. Chagall wspominał po latach, że matka wzięła sprawy w swoje ręce: kiedy miał trzynaście lat, poszła do dyrektora szkoły i bez wahania położyła na biurku łapówkę – 50 rubli. Dzięki temu dostał się do świeckiego liceum. Ale prawdziwy przełom przyszedł, gdy zobaczył kolegę rysującego coś na marginesach zeszytu. „Idź do biblioteki i przerysuj obrazek” – usłyszał. Zrobił to i wiedział już, że chce być malarzem.

Pierwsze lekcje rysunku brał w pracowni Jehudy Piena. Nie miał pieniędzy, więc pracował jako retuszer zdjęć. To doświadczenie – zderzenie biedy, codzienności i pierwszych prób artystycznych – ukształtowało jego wrażliwość. Kilka lat później wyjechał do Petersburga, a w 1910 roku do Paryża. Tam spotkał się z kubizmem, fowizmem, awangardą – i znalazł język, w którym jego wspomnienia mogły zamienić się w kolor.

Najważniejszą postacią w jego życiu była Bella Rosenfeld. Poznali się w Witebsku, kiedy ona miała czternaście lat, a on dwadzieścia dwa. Z czasem stała się jego żoną, muzą i bohaterką niezliczonych obrazów. To z Bellą Chagall lewitował w swoich płótnach, to jej sylwetka pojawiała się jako anioł, to ona była dla niego źródłem siły. Jej nagła śmierć w 1944 roku była dla niego ciosem, który odcisnął piętno na jego sztuce.

Chagall przeżył wojnę, ale doświadczył emigracji, wykorzenienia i straty. W jego twórczości coraz częściej pojawiała się postać Jezusa na krzyżu – nie jako figura chrześcijańska, ale jako symbol cierpienia narodu żydowskiego. To był jego sposób na apel do świata, który nie chciał widzieć zbliżającej się zagłady.

Po wojnie Chagall mieszkał we Francji, wciąż malując, ale też projektując. Jego sztuka wyszła poza płótna – tworzył witraże, mozaiki, scenografie, a nawet plafon w Operze Paryskiej. To ostatnie zamówienie, zrealizowane w latach 60., wzbudziło kontrowersje: dlaczego „rosyjski Żyd” miał dekorować narodowy pomnik Francji? Sam Chagall mówił gorzko: „Francuzi nie znoszą cudzoziemców. Mieszkasz tu całe życie, dekorujesz ich katedry – a oni i tak tobą gardzą.” Mimo to jego plafon okazał się jednym z najpiękniejszych hołdów złożonych muzyce.

Przeżył 97 lat. Był świadkiem rewolucji, wojen, wygnania, Holokaustu. Jego życie rozpięte było między Witebskiem, Paryżem, Nowym Jorkiem i południową Francją. A jednak w jego obrazach wciąż wracały te same motywy: koza, skrzypek, miasto dzieciństwa, Bella. Krytycy zarzucali mu powtarzalność, a on odpowiadał: „Poeci zawsze używają tych samych liter. A jednak wciąż powstają z nich nowe słowa.”

Chagall zamieniał wspomnienia w kolor. I w tym kolorze zawarł wszystko: pamięć, duchowość, wygnanie i miłość.

O jego biografii, o wystawach, które widziałam, o dokumentach i wspomnieniach jego wnuczki, o kolorach, które naprawdę trzeba zobaczyć na żywo – opowiadam w najnowszym odcinku podcastu „Wielki Świat, Kuchenny Blat”.