Jeśli nie uda Ci się obejrzeć filmu Martin Margiela: In His Own Words — bardzo polecam Ci dwie książki. Równie poruszające, równie ciche. Opowiem o nich później. Najpierw o nim.
Martin Margiela był duchem w świecie mody, który domaga się fleszy. Nie udzielał wywiadów. Nie pozował do zdjęć. Nie wychodził na koniec pokazów. Jego twarz pozostała nieznana, choć jego projekty znał każdy, kto miał choć cień wrażliwości na formę, dekonstrukcję i prawdę w ubraniu.
Ten odcinek podcastu jest o człowieku, który przez lata przemawiał przez szwy, podszewki i manekiny bez głów. O twórcy, który — gdy moda zamieniała się w marketing — milczał coraz mocniej. Ale to milczenie miało sens. To nie była poza.
Zacznijmy od początku.
Początki
Martin Margiela urodził się w Belgii. Studiował w prestiżowej Akademii Sztuk Pięknych w Antwerpii. Choć nie należał do słynnej „szóstki z Antwerpii”, to jego estetyka była równie przełomowa.
Na początku lat 80. pracował jako asystent Jeana-Paula Gaultiera. Gaultier był barokowy, pełen prowokacji, ale miał oko do talentów. Margiela szybko zyskał jego szacunek. Był cichy. Skromny. Ale miał jasną wizję.
W 1988 roku założył własny dom mody — Maison Martin Margiela. Zrobili to wspólnie z Jenny Meirens, która przez lata była jego najbliższą partnerką biznesową i ideową. To ona zaproponowała, by zrezygnować z logotypu. By zamiast nazwiska wszywać w ubrania biały prostokątny metek przyszyty czterema białymi nićmi.
To był manifest.
Anonimowość jako strategia i opór
Margiela nie pojawiał się publicznie. Nie wypowiadał się na temat mody. Pozwalał, by mówiły ubrania. Anonimowość nie była ucieczką, tylko narzędziem. Oporem wobec personalizacji wszystkiego. Protestem przeciwko modzie jako widowisku.
W czasach, gdy projektanci stawali się celebrytami, on znikał coraz głębiej w cieniu. Wysyłał faks zamiast udzielać wywiadu. Dbał o to, by jego zespół był na pierwszym planie. Grupa, nie jednostka.
Nieobecność nie była brakiem. Była decyzją.
Moda jako język
W jego kolekcjach ubranie było kodem. Czymś, co można rozłożyć na części pierwsze. I złożyć od nowa — w nowym sensie.
Pokazy odbywały się na parkingach, w squatach, w przestrzeniach bez przepychu. Modele i modelki często byli amatorami. Starsze kobiety. Osoby o nietypowej sylwetce. Każdy mógł być nośnikiem idei.
Jego suknie powstawały ze starych rękawiczek. Z metek. Z tego, co odrzucone.
To nie była nostalgia. To była archeologia mody. Szukanie znaczeń tam, gdzie inni widzieli tylko materiał.
System
Margiela długo współpracował z japońską firmą Komatsu — dzięki nim wprowadzał na rynek eksperymentalne tkaniny. To Japonia była pierwszym miejscem, które zareagowało z entuzjazmem na jego debiut.
Ale system mody jest żarłoczny. W 2002 roku większościowy pakiet Maison Martin Margiela przejęła grupa OTB, należąca do Renzo Rosso. Zmieniały się zasady. Rosło tempo.
W 2009 roku, po kolekcji przygotowanej na 20-lecie marki, Margiela odszedł. Bez pożegnania z zespołem. Bez konferencji. Bez słowa. Tak, jak żył.
W filmie mówi:
„To była bolesna decyzja. Ale musiałem odejść. Nie chciałem stać się artystycznym dyrektorem we własnej firmie. Ja jestem projektantem. Kimś, kto tworzy, a nie tylko nadzoruje zespół.”
I jeszcze:
„Odszedłem w noc po pokazie. Nie mogłem się pożegnać. Nowy właściciel nie chciał szoku. Ale ja wciąż żałuję. Bo ci ludzie byli ważni.”
Ten fragment filmu łamie serce. Margiela był surowy wobec siebie, ale nie był cyniczny. Kochał to, co robił. I cenił tych, którzy z nim byli.
Po modzie
Po odejściu z domu mody Margiela zniknął z pola widzenia. Nie projektował. Nie wypowiadał się. Zajął się malarstwem. Rzeźbą. Pracą indywidualną. Intymną. Bez sezonów. Bez pokazów. Bez tempa.
W dokumencie mówi:
„Dziś maluję. Tworzę rzeźby. Robię wiele rzeczy kreatywnych — i kocham to. Kocham być sam. Bez nikogo wokół. Tylko ja i moje rzeczy. Robię je wtedy, kiedy chcę.”
I może właśnie o to mu chodziło od początku. O ciszę, w której naprawdę coś się tworzy