Rick Owens urodził się w 1962 roku w Porterville – małym miasteczku w Kalifornii. To miejsce, które bardziej kojarzy się z prowincją niż z wielką kulturą, a on od najmłodszych lat czuł potrzebę, by wyjść poza jego granice. Jego ojciec był robotnikiem, a w domu panował surowy klimat. Rick wspomina, że relacja z ojcem była trudna – twarda, wymagająca, pozbawiona czułości. Później mówił, że ta surowość i chłód, które wyczuwało się w domu, w pewnym sensie odcisnęły się na jego estetyce. Zamiast buntu wprost, wybrał inny język: w swoich projektach po latach łączył dyscyplinę z delikatnością, brutalność z gracją – jakby próbował odnaleźć coś, czego nie dostał w dzieciństwie.
Dziś, kiedy podróżuje, szuka miejsc, które pozwalają mu dotknąć ciszy – takiej, jakiej kiedyś mu brakowało. Opowiadał o swoich wyprawach do Egiptu i Wenecji. Nie jak turysta, raczej jak ktoś, kto szuka odpowiedzi. W Egipcie fascynuje go pustka pustyni i milczenie ruin. Mówi, że w zrujnowanych hotelach czuje dziwny rodzaj ukojenia. Patrząc na grobowce faraonów, myśli nie o śmierci, ale o pamięci – o decyzji, jak chcieli być zapamiętani. W Wenecji odnajduje inny rodzaj spokoju – piękno, które zawsze jest na granicy rozkładu. Uwielbia film Śmierć w Wenecji Viscontiego i dokument Najpiękniejszy chłopiec na świecie o Björnie Andrésenie – chłopcu, którego uroda po filmie Viscontiego stała się dla niego przekleństwem, a sława zniszczyła mu życie.
Owens powraca do tych obrazów nie z nostalgii, ale dlatego, że pokazują, jak kruche jest piękno i jak łatwo je stracić. Dodaje, że czyta biografie ekscentryków, by zobaczyć, jak przechodzili przez życie i czy do końca znajdowali w nim sens. „Ludzie mówią o spuściźnie. Myślę, że właśnie to robię. Zastanawiam się, jakie wrażenie chcę zostawić” – mówił w jednym z wywiadów.
Żeby zrozumieć, skąd wzięła się jego siła, trzeba wrócić do początku – do dzieciństwa, w którym cisza, upał i nuda potrafiły być równie kształtujące jak wielkie miasta. Owens często o tym opowiada: o pruderyjnym domu, katolickim wychowaniu i lęku przed męskością. Już w podstawówce bał się wizji wspólnych pryszniców w liceum. „To było dla mnie koszmarem” – wspominał. Był nieśmiały, skrępowany, wolał siedzieć z książką niż grać w drużynowe gry. „Męskość była dla mnie zagrażająca, a nagość – przerażająca.” Dopiero później odzyskał swoją moc – i przejął te przestrzenie.
Na wybiegach odtwarzał sytuacje, które kiedyś go paraliżowały, ale teraz to on miał władzę. „Pokazywanie penisów na wybiegu to była zemsta na ojcu” – przyznał. „Mój ojciec był purytański, jego machismo było święte. Dla niego taki pokaz byłby ciosem nie do zniesienia.” Rick mówi o ojcu bez nienawiści, raczej z dystansem. „Ojciec jest twoim bogiem, kiedy jesteś młody. Wszystko, co robisz, opiera się na szukaniu jego aprobaty albo zmaganiu się z odrzuceniem.” Dorastając w małym Porterville, czuł samotność i napięcie między pragnieniem akceptacji a potrzebą buntu – i to napięcie kształtuje jego twórczość do dziś.
Z dzisiejszej perspektywy widzi w sobie ślady tamtego wychowania. „Bigoterię i osądzanie – czasami łapię się na tym, że mam zestaw zasad, które chciałbym narzucić innym. To prawie jak choroba genetyczna. Staram się uważać, żeby nie potępiać.” Czasem kompensuje to w drugą stronę – grając adwokata diabła albo w ogóle nie wyrabiając sobie zdania.
Po skończeniu liceum wyjechał do Los Angeles i zapisał się do szkoły artystycznej – Otis College of Art and Design. Marzył wtedy o tym, żeby zostać ilustratorem, bo od zawsze lubił rysować. Ale bardzo szybko zrozumiał, że to nie jest jego droga. Nauka w Otis była dla niego przytłaczająca, nie czuł się tam na miejscu, więc po dwóch latach porzucił studia. Dopiero wtedy, trochę przypadkiem, trafił do szkoły konstrukcji i kroju odzieży – Los Angeles Trade Technical College. To był moment przełomowy. Rick odkrył, że szycie i konstruowanie ubrań dają mu wolność, jakiej nie miał wcześniej w rysunku. W szyciu było coś fizycznego, konkretnego – można było wziąć materiał i zmienić go w formę, która nagle ożywała na ciele.
Na początku kariery pracował bardzo skromnie. Zatrudnił się jako konstruktor odzieży u innych projektantów. To była ciężka, rzemieślnicza praca – polegająca na tym, by umieć przełożyć wizję kogoś innego na gotowe ubranie. Ale właśnie wtedy zdobył warsztat, który później pozwolił mu tworzyć własne, niezwykle skomplikowane formy.
W 1994 roku, mając trzydzieści dwa lata, Rick założył własną markę. Początkowo były to małe kolekcje, sprzedawane w kilku butikach w Los Angeles. Nie miał budżetu, ale miał bardzo klarowną wizję: wszystko miało być czarne, ascetyczne, z charakterystycznym cięciem. To wtedy powstały pierwsze skórzane kurtki, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Rick często powtarza, że jego styl nie narodził się w paryskich atelier, ale w małych pracowniach Los Angeles — wśród ludzi, których nazwisk nikt dziś nie pamięta. Jednym z nich był Ricardo – krawiec z Meksyku, który szył jego pierwsze projekty. Nie mówił dobrze po angielsku, pracował po cichu, z niezwykłym wyczuciem konstrukcji. To on nauczył Ricka, że ubranie ma najpierw żyć na ciele, a dopiero potem wyglądać. Po latach Rick próbował go odnaleźć, żeby mu podziękować. Nie udało się.
Nie da się opowiadać o Ricku Owensie bez Michèle Lamy. Jest nie tylko jego muzą, ale współtwórczynią całego świata, który razem budują od lat dziewięćdziesiątych. Michèle urodziła się we Francji, ale pod koniec lat siedemdziesiątych przeniosła się do Los Angeles – miasta, które karmiło kontrkulturowe marzenia: teatr, kabaret, film, burleskę. Miała w sobie instynkt, który pozwalał jej swobodnie poruszać się między sztuką a życiem. Najpierw była kobietą kina – pracowała przy scenariuszach, reżyserowała, angażowała się w projekty eksperymentalne. Później jej życie samo stało się rodzajem performansu.
W 1987 roku do jej studia mody trafił młody Rick Owens – wtedy jeszcze konstruktor odzieży. Michèle była już zamężna. On przychodził do pracy w ciszy, skupiony na detalach. Nie byli od razu parą – minęło kilka lat, zanim ich losy naprawdę się splotły. Ale kiedy to się stało, stało się na zawsze. Różnica wieku – ona starsza o prawie dwie dekady, on dopiero wchodzący w dorosłość – nie była przeszkodą, lecz punktem równowagi.
Warto zatrzymać się też przy tym, jak Michèle wygląda. Jej wizerunek jest tak charakterystyczny, że nie sposób pomylić jej z kimkolwiek innym. Zawsze mocny makijaż – ciemne kreski wokół oczu, które wyglądały jak tatuaż. Zęby, które przez lata barwiła na czarno, później ozdabiała złotem. Biżuteria tak ciężka, że dźwięczy przy każdym ruchu – pierścienie na każdym palcu, masywne bransolety, amulety z metalu i kamieni. Jej aura to mieszanka kabaretu, czarów i mądrości.
W 1996 roku otworzyła Les Deux Cafés – restaurację i kabaret w Hollywood, które szybko stały się miejscem kultowym. Bywały tam gwiazdy i outsiderzy, artyści i przypadkowi wędrowcy. Atmosfera przypominała europejską bohemę. Michèle nie tylko prowadziła lokal, ale też była jego uosobieniem. Jej garderoba, pełna ubrań Ricka, stawała się atrakcją samą w sobie. Ludzie przychodzili nie tylko na kolację – chcieli zobaczyć jej świat.
Pisano o niej, że jest „instynktowna i szczera”. Miała wyraziste opinie, mocne zdanie o sztuce i świecie. To właśnie ona popychała Owensa do odważniejszych decyzji. On tworzył rzeźbiarskie, brutalistyczne formy – ona wnosiła pierwiastek rytuału i chaosu. Ona była ogniem, on skałą. Rick przyznaje, że wciąż podąża za jej instynktem. To Michèle nadaje ich światu odwagę i bezkompromisowość. Jest nie tylko partnerką, ale też inspiratorką i czarownicą, która otwiera drzwi zamknięte dla innych.
Ich wspólny czas w Los Angeles był momentem, gdy podziemna scena kipiała – punk, glam, narkotyki, nocne życie. Rick zanurzył się w ten świat kompletnie. Później przyznawał, że przez wiele lat eksperymentował z używkami, aż w końcu, w 2001 roku, całkowicie przestał pić i brać narkotyki. Przyznawał, że kiedy się spotkali, pili dużo – razem. Autodestrukcja była ich wspólnym rytuałem, może nawet formą więzi. „Byłem wielkim pijakiem, Michèle też. Pasowaliśmy do siebie idealnie” – mówił. To był ich wspólny język – i wspólne dno, od którego oboje się odbili.
Najtrudniejszy moment przyszedł wtedy, gdy alkoholizm wymknął się spod kontroli. Rick trząsł się tak bardzo, że musieli mu podawać środki uspokajające, by mógł oddychać. „Myślałem, że umrę” – wspomina dziś bez upiększeń. Nie nazywa tego nienawiścią do siebie. Raczej mieszaniną gejowskiego wstydu, rodzinnych przekazów z Porterville i frustracji, że jego energia nie znajduje ujścia. „Byłem nieśmiały – potrzebowałem odwagi, żeby domagać się życia po swojemu. Picie dawało mi odwagę, by wyjść i być kimś.” Michèle była przy nim, gdy przestał pić, gdy zaczął trenować i odzyskał kontrolę nad ciałem. Powtarzał potem, że to ona uratowała mu życie – i że do dziś jest jego najlepszym lustrem.
W tamtym momencie jego bunt przestał być ucieczką, a stał się narzędziem siły. Zaczął uczyć się kontroli – nad ciałem, nad umysłem, nad własnym gniewem. To właśnie wtedy narodziła się dyscyplina, która dziś stanowi o jego stylu – surowym, konsekwentnym, niemal ascetycznym.
Pewnej nocy, podczas spaceru po Los Angeles, Rick i Michèle zostali napadnięci z bronią w ręku. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale po tym wydarzeniu uznali, że nie czują się już bezpiecznie w LA. W 2003 roku postanowili przenieść się do Paryża. Choć napad był punktem granicznym, wygląda na to, że Rick przygotowywał się do przeprowadzki już od jakiegoś czasu. W 2001 roku przeniósł produkcję do Włoch, a w 2002 przyjął stanowisko dyrektora kreatywnego we francuskiej luksusowej firmie futrzarskiej Revillon.
Przejście do Revillon było dla Ricka ważne, bo choć jego własna marka miała się coraz lepiej, dało mu to doświadczenie prowadzenia ugruntowanego domu mody. To właśnie wtedy doskonalił rzemiosło i eksperymentował z materiałami. Jego projekty dla Revillon były zasadniczo „klasycznym Rickiem Owensem”, tylko z większą ilością futra. Te kolekcje pokazały, jak umiejętnie potrafi łączyć surowość z luksusem. Choć odszedł z Revillon w 2007 roku, to właśnie ten okres przygotował grunt pod jego najbardziej monumentalne i dojrzałe kolekcje w Paryżu.